Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mój Ojciec był ciągle zajęty fabryką. Jak wszędzie tak i w tamtych okolicach kochany i szanowany, miał wkrótce wiele gości. Między innemi Michał Hrabia Konarski z Wetliny. Miał konie ze strzyżonemi grzywami, mówił co trzecie słowo: „Jak mi Bóg miły“ i tabakę z rożka zażywał. Ludwik Urbański z Jabłonek, nie tak głupi, jak się wydawał. Dobre człowieczysko. — Pius Fredro, ten sam co raz we Lwowie wracając w nocy do domu tęgo podkręcony na zapytanie szyldwacha: Werdo? (Wer da?) odpowiedział: „A Fredro. — Jak on wié, że ja Fredro?“ dodał sam do siebie. — Osuchowski z Żerniczki. Stary myśliwy, ten z Cisny nie wyjeżdżał prawie. Czasem wieczór grywał z moim Ojcem maryasza, ale jak było więcéj gości, opowiadał wypadki, których sam doznał, albo których był świadkiem wojując z niedźwiedziami. Powiadał, jak raz wziąwszy w zapale kuca srokatego za kundysa, szczuł nim po strzale rannego niedźwiedzia. Kuc w nogi, a niedźwiedź do niego.... daléj tańcować w koło buka, póki nie nadszedł strzelec i dobrze wymierzonym strzałem nie położył końca tym mimowolnym pląsom. — Powiadał, jak widząc swego sąsiada pod niedźwiedziem, wołał przez rzekę: Panie Podczaszy! Oddaj się Wać Pan Bogu! i jak palnął, w sam łeb... (niedźwiedzia rozumie się). — Powiadał, jak raz na polowaniu, gdzie wiecéj było amatorów niż myśliwych, rozstawił wszystkich drożyskiem z łąki aż na pagórek, gdzie objechano niedźwiedzia. Odezwał się, mówił, tropowiec, dopuszczono kundysy, doszły niebawem niedźwiedzia, który idąc w hurku wzmagał się ku działom. Ja stałem