Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cerem, a oficer staje się koniem. — Na ten komplement pomyślałem sobie i niejedno, ale nic nie powiedziałem. Bo inne myśleć, a inne mówić, rzekłby ś. p. Wojewoda Podolski, mój antenat.
Rożniecki był Jenerałem Inspektorem Kawaleryi, która tylko tradycyjny miała regulamin. Zachodziły wiec czasem małe różnice miedzy pułkami, tak w komendzie, jak i pomniejszych obrotach. Miał zatém zawsze Pan Inspektor, sam doskonały kawalerzysta, obszerne pole do poprawy i do nagany. Sadził się on na koncepta, z których nieraz i ten, co był napominany musiał się roześmiać. Najwięcéj to się zdarzało kiedy kazał wystąpić oficerom w szereg do pokonnych obrotów. Konie dzielne, przyzwyczajone do ostrego zażycia, nie zawsze odpowiadały wymaganéj dokładności. Powtarzane więc były w całej kawaleryi koncepta Rożnieckiego i nie mało śmiechu wzbudzały, bo przyznać trzeba, że były równie trafne jak dowcipne, a wyrzeczone zawsze z najsurowszym marsem na czole. Nikt pewnie w armii nie byłby wówczas przeczuł jego haniebnego końca.
Wróciłem do Warszawy z dłuższym nosem niż wyjechałem. — Dlaczego? — Bo mnie koń nosił. Ach jakżeby mi się zdała owa twardousta angielka między Gotha i Eisenach! Niechby przydrwiwano, niechby jaki Rożniecki i przyciął dowcipnie, ja nie brodziłbym po błocie, bo między Gotha i Eisenach w czasie odwrotu wojska francuskiego z pod Lipska, było błoto. Ztrudzony już nie skakałem z kamyka na kamyk, jak zrazu, ale szedłem środkiem drogi obok markietanki, z któréj rąk skromne ły-