Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


znowu powtórzone... i znowu i znowu, obwionęły mnie jakby świeżem życiem.
Jakie ten odgłos sprawił na mnie wrażenie, jakie obudził uczucia, trudno lepiéj jak gminnym wyrazem wysłowić, to jest, że urosłem na trzy piędzi. Jakkolwiek strzały głos mi tylko przesełały, były to jednak strzały śmierć niosące i jako takie pierwszy raz przezemnie słyszane. Stawały się poniekąd pierwszym chrztem studenta na żołnierza. Wkrótce i białe bałwany dymu pod miastem, w którém łatwo było odgadnąć Sandomierz powtórzyły oczom, co już słuch wiedział: Jestem na wojnie!
Wojnę więc mając przed sobą, trochę na prawo dojechałem do Trześni i stanąłem tam, gdzie prosto wyrżnięta droga w prawo pod pagórek wiodła ze Sendomierskiego gościńca do niewielkiego, białego, dużemi drzewami otoczonego dworka. Na dziedzińcu koczował pułk drugi piechoty Stasia Potockiego.
Stanisław Potocki, Starościc Halicki, w młodości swojéj stał się wzorem Bogusławskiemu do Studenta w Krakowiakach. Nie był inaczéj znanym w Warszawie jak pod nazwiskiem Stasia. Dobry Polak, dobry żołnierz, dobry kolega był powszechnie łubianym. Śmierć jego 29 Listopada 1830 r. okropna, bo z rąk tych, których od lat tylu zwykł swemi dziećmi nazywać, jeśli była koniecznością, to niemniéj bolesno dotknęła wszystkich jego kolegów. Był wzrostu małego, trochę łysy, twarzy ładnéj, a zwłaszcza bnrdzo przyjemnéj. Ostatni raz widząc się ze mną w Warszawie, mówił: Mam honory, krzyże, pieniądze, ale diabli z tego, kiedym już stary.