Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ale niemało bawili starszych żołnierzy swoją powierzchownością równie jak i swojém zachowaniem w różnych obozowych okolicznościach. Jeden z francuskich Jenerałów powiedział: Niema się co dziwić, że Polacy są dobrymi lancierami, bo Polak jeszcze dzieckiem, już z lancą w ręku bydło pasie. Lubo Francuzi zawsze wszystko najlepiéj wiedzą, — teraz nawet w Algeryi Arabów uczą po Arabsku — ja prawdy twierdzeniu szanownego Jenerała przyznać nie mogę. Powiem jednak, że nam Słowianom łatwiéj niż Francuzom złożyć dobrą jazdę, lancierów czy nie lancierów, a zwłaszcza złożyć na prędce. U nas chłopak wzrasta między końmi — dosiada szkapy, pędzi po pastwisku, przepływa rzeki, wtenczas kiedy jeszcze po płocie wydrapał się na nią, kiedy między nim a jéj grzbietem płótna nawet niema. Nie będzie on zapewne od razu zgrabnym kawalerzystą, ale z koniem poradzi sobie zawsze, a do koczowania nawykł od dzieciństwa. Każdy nowy kawalerzysta wzbudza śmiech starego żołniera, a cóż dopiero Francuz prosto od Comptoira kawiarni, albo od perukarskiego warsztatu na francuskiego konia wsadzony. Proszę mu się przypatrzeć. Najprzód jego punkt dotknięcia z kulbaką jest w ciągłej z nią niezgodzie... zdaje się, że jakaś odpychająca siła zmusza je do oddzielnéj grawitacyi. Jego łokcie odparte od ciała jak skrzydła młodego gołąbka, co chciałby a boi się pierwszy lot z gniazda przedsięwziąść. Jego głowa w tył zadarta, a pierś nachylona jak u naszego popa, kiedy o prezentę prosi — brzuch wypięty, jak u spanoszonego karczmarza. W jego ruchach, od pięty aż do czubka paryzkiego, zgnie-