Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


brat Seweryn ruszył ze swoim szwadronem służbowym za linią bojową. Góra poprzecinana winnicami, obsadzona na szczycie artyleryą, niżéj piechotą, nie obiecywała zwycięstwa kawaleryi. Mówiono wtenczas, że był wysłany dla dostania języka i w saméj rzeczy po kilkogodzinnéj pukaninie przywiódł kilku jeńców. Zdaje się, że Cesarz był poznany, bo kule zaczęły gęsto padać koło niego, a kiedy zwrócił konia na lewo i jechał powoli, my stojący pod lasem uczyniliśmy to samo. Między drożyną po pod las a polem, była spadzistość niby wysoka miedza; pod tę więc miedzę w pół mego konia pada granat i zaraz pęka. Wiadomo każdemu, że granat padłszy, zakręciwszy się mniéj więcéj podskakuje i pryska promieniami w górę. Dlatego Artylerzyści kładą się jak padnie blisko, dlatego im kto wyżéj stoi, tém gorzéj. W pozycyi więc mojéj ówczesnéj nie dziesięć, ale sto przeciw jednemu, powinienem był ja, albo mój koń zginąć. A jednak, ani jedno, ani drugie. O! los Panie to figlarz, nie można nigdy na niego rachować. Kilka chwil minęło nim uwierzyłem, że jestem nie mówię żywy, ale cały. To był raz trzeci, a nareszcie czwarty, kiedy pod Hanau straciłem moją klacz bułaną. Cesarz wtedy był się zwrócił i jechał ku mnie, a minął mnie nim mantelzak odpiąłem. Wyraźnie, wyraźnie sąsiedztwo Napoleona nie służyło mi wcale.
Kiedy po skończonych wojnach wróciłem w domowe zacisze, wielu, wielu razami uderzone serce, serce zakrawione, zbolałe nie dozwalało pamięci rozpowiadać zdarzeń z onego czasu, w którym morze nadziei a sławy kropelka czyniły życie istotném