Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wiktor.

Tak! żeby tylko — żeby, małe słówko.

Ludmir.

Probować jednak będę. — Bardzo by mi to było na rękę. — Pewny, że jedynie miłości winien jestem jej rękę, żyję najszczęśliwiej. — W tych pokojach mieszkamy — tam gdzie teraz stoimy, moja kancelarya. — Dalej nasze dzieci. — Ona trudni się gospodarstwem. — Ja piszę. — Ty z nami bawisz czas jakiś. — Jak mnie kochasz, zabawisz. — No, przyrzeknij — parę miesięcy — słowo.

Wiktor.

Za kogoż twoję córkę wydajesz? z kim się twój syn żeni? — Bodaj to być poetą: kocha się, żeni, obejmuje rządy domu, ma dzieci, zaprasza przyjaciół; wszystko jednym tchem.

Ludmir.

Jak tylko niema światła i cieniu, krések tu i ówdzie, to wszystko szaleństwo — prawda?

Wiktor.

Być może — i nigdy więcej jak w tej chwili nie chciałem, aby światło padało na ciebie. — W cieniu został Janusz z macochą, a po wszystkich stosunkowych przyzwoitościach towarzystwa, kréski tu i ówdzie pociągnięte były.

Ludmir.

Chciałbyś szczerze, aby mi się udało?

Wiktor.

Dla czegoż bym miał niechcieć.

Ludmir.

Poczciwy Wiktorze! Moje dzieła podadzą cię nieśmiertelności.

Wiktor.

Jeżeli tylko ręce dość długie mieć będą.