Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czesław.

Właśnie ty tylko jeden możesz wytłómaczyć.

Zdzisław.

Jeśli żarty? — nie w miejscu; jeśli twoje swaty? —
Bardzo ci jestem wdzięczny, wspaniałyś za katy!

Czesław.

Nie moje, nie, dla Boga! stój, nie strzelaj jeszcze.
Widzisz pani, że dobrze moję ufność mieszczę;
Lecz dla mej spokojności proszę cię, Zdzisławie,
Objaśnij nas niezwłocznie w tej dziwacznej sprawie.

Zdzisław.

Cóż mam plotkę objaśniać, w której sensu niema.
I któż ją zrobił?

Czesław.

Ona, ona sama mniema,
Że ty za nią szalejesz.

Zdzisław.

Kto? ona powiada?

Czesław.

Tysiąc nawet dowodów nieproszona składa.

Zdzisław.

Cóż to znaczy?

Czesław.

Przeminę jej rejestr zbyt długi
Twoich słów, wejrzeń, westchnień, stokrotnej usługi:
Jak w koczuś wziął za rękę, ścisnął przy kominie,
Jak jej dałeś raz gruszki, drugi raz brzoskwinie,
Jak ona prędko zjadła, tobie pestki dala,
Jakeś ją w nogę szturchnął, aż krzyknąć musiała.