Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zofia.

Nic, troszkę nagany.

Czesław.

Pani....

Zofia.

Gdyby głos cichy tej myśli był dany,
A mnie święta cierpliwość wysłuchać co powie,
Możebym coś słyszała w podobnej osnowie:
„Zofia, (tak myśl mówi) dość mi się podoba,
„Bo Zofia jest dobra, przyjemna osoba;
„Doć ładna, (dość, wszakże myśl nie przesadza wcale).
„Ale... ale (dla Boga! teraz długie ale)
„Ale zbytnia wesołość płochości dotyka:
„Pierwsza mija rozsądek, druga go unika;
„Zbytnia chciwość oklasków nie czyni wyboru,
„Nie zgłębia ich wartości, chwyta się pozoru
„I dusza, której odmęt potrzebnym się staje,
„Nadal prawego szczęścia pewności nie daje.
Tak głos myśli przemawia, kto to wie, czy błądzi?

Czesław (zmieszany).

Czém mogłem?....

Zofia (podając mu rękę).

Nic, nic złego — to przyjaźń tak sądzi....
Jakże, panie Wtorkiewicz, cóż robić będziemy?
Ale widzę, jak drudzy i Wtorkiewicz niemy;

(spojrzawszy na Zdzisława)

Prędko zaraza splinów sięgnęła dokoła;
Ja więc sama za wszystkich jestem dziś wesoła.

Wtorkiewicz.

A niech mię diabli wezmą! moja śliczna pani,
Jeśli co nad twe oczy, moje serce rani.