Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Krupkowski.

Była jej guwernantką.

Stefan.

Jak się to nadyma!
Jak się to puszy! sroży!...

Krupkowski.

Jakby jaka pani.

Stefan.

Gorzej! dziesięć pań tyle nie złaje, nie zgani.
Nigdy jej nie dogodzisz, choćbyś szedł na głowie.
Słyszysz! ty! idź tam! zrób to! inaczej nie powie,
A nie zrobisz w tej chwili? nudzi cię, jak mucha,
Albo leci już z płaczem, że jej nikt nie słucha.

Krupkowski.

To jeszcze wielkie szczęście, pociecha prawdziwa,
Po jednej guwernantce że na dworach bywa,
Gdyby po dwie, trzy....

Stefan.

Gwałtu! a niech pan Bóg broni!
Żadenby chrześcijanin nie wybrnął z tej toni.

Krupkowski (uśmiawszy się).

Na, na Stefanku, weź klucz, otwórz dwa pokoje,
Na drugiém piętrze; wiesz?

Stefan.

Wiem.

Krupkowski.

Gość ma prawo swoje,
Trzeba być zawsze grzecznym; idź panie Stefanie.
(Stefan odchodzi).

Krupkowski (sam).

Ma łeb chłopak, za czasem mój urząd dostanie.