Przejdź do zawartości

Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T3.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
—   233   —

 — Mów pan.
 — Przed chwilą słyszałem od ciebie szczególniejsze zaklęcie.
 — Tak.
 — Którego dawniej nie miałeś zwyczaju używać.
 — Malaga!... chcesz pan zapewne powiedzieć.
 — Tak.
 — Jest to moja klątwa od chwili, gdy zostałem kupcem korzennym.
 — Prawda: Malaga, nazwa rodzynków.
 — To moja najokropniejsza klątwa; kiedy zawołam: Malaga, to już nie jestem panem siebie.
 — Ale ja dawniej nie znałem tej klątwy.
 — Prawda, nauczono mnie jej.
 Planchet, wymawiając te wyrazy, mrugnął oczami z wyrazem chytrości, który nie uszedł uwagi d‘Artagnana.
 — E!... e!... — rzekł.
 Planchet powtórzył:
 — E!... e!...
 — Patrzaj, panie Planchet.
 — Ba!... ja nie jestem, jak pan, ja nie spędzam życia na myśleniu.
 — To czynisz źle.
 — Chcę powiedzieć na nudach; życie nasze krótkie, dlaczego nie mamy z niego korzystać?...
 — Jak widzę, Planchet, jesteś praktycznym epikurejczykiem.
 — Czemu nie?... Rękę mam dobrą; piszę nią, albo ważę korzenie; nogę mam pewną, tańczę, albo się przechadzam; żołądek mam zdrowy, jem i trawię; serce zaś mi nie zastygło, a co, panie?...
 — Prawda.
 — Powiedziałem sobie — mówił dalej Planchet — że bez rozkoszy niema szczęścia na ziemi, jeżeli więc nie rozkoszy, bo są to rzeczy dość rzadkie, to przynajmniej używać trzeba pociechy.
 — Zatem pocieszasz się.

 — A tak.