Strona:PL Aleksander Dumas-Dama kameliowa.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pobiegłem do siebie, żeby się przebrać, a że czas był piękny, udałem się na pola Elizejskie.
W pół godziny, ujrzałem przybywający z placu Zgody, powóz Małgorzaty.
Odkupiła swoje konie, gdyż były te same co dawniej, jej tylko nie było wewnątrz.
Zaledwie zauważyłem tę nieobecność, oglądając się naokoło, spostrzegłem Małgorzatę idącą pieszo w towarzystwie jakiejś kobiety, której całkiem nie znałem.
Przechodząc obok mnie, pobladła i nerwowy uśmiech skrzywił jej wargi. Co do mnie, serce gwałtownie mi biło w piersi, lecz zdołałem nadać zimny wyraz mojej twarzy i ukłoniłem się chłodno mojej dawnej kochance. Ta zaraz pobiegła do powozu i wsiadła doń ze swą towarzyszką.
Znałem Małgorzatę. Niespodziane spotkanie wzburzyło ją zapewne. Bezwątpienia wiedziała o moim wyjeździe, który ją uspokoił co do następstw naszego zerwania, lecz ujrzawszy mnie z powrotem, znalazłszy się twarz w twarz ze mną bladym, zrozumiała, że moje przybycie, ma jakiś cel i zapewne zapytywała się w duchu, co teraz nastąpi.
Gdybym był znalazł Małgorzatę nieszczęśliwą, gdybym mszcząc się nad nią, przyszedł jej z pomocą, byłbym jej może przebaczył i nie myślał nawet o zemście, lecz znalazłem ją w porównaniu ze mną szczęśliwą; ktoś inny obdarzył ją zbytkiem, którego ja nie mogłem jej dać, nasze zerwanie zatem miało charakter najniższej interesowności, byłem poniżony