Strona:PL Aleksander Dumas-Dama kameliowa.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


skierowała się do swego sypialnego pokoju; co do mnie, zatrzymałem się na miejscu.
— Pójdźżesz — rzekła.
Zdjęła kapelusz, aksamitne okrycie i rzuciła je na łóżko, poczem siadła w wielkim fotelu, naprzeciw ognia, który kazała palić aż do samego lata i bawiąc się łańcuszkiem od zegarka, rzekła:
— No, cóż mi powiesz nowego?
— Nic, chyba tylko to, żem niepotrzebnie tu dziś przyszedł.
— Dlaczego?
— Bo zdaje się, że nie jesteś z tego zadowoloną i że cię zapewne nudzę.
— Nie nudzisz mnie wcale, tylko ja jestem chora, cierpiałam cały dzień, nie spałam i mam okropną migrenę.
— Czy chcesz, bym odszedł, bo zapewne położysz się do łóżka?
— O, możesz zostać, jeżeli będę chciała się położyć do łóżka, położę się i przy tobie.
W tej chwili zadzwoniono.
— Któż tam znowu? — rzekła z niecierpliwością.
W jakiś czas zadzwoniono powtórnie.
— Niema kto otworzyć, trzeba, żebym sama otworzyła.
W rzeczy samej wstała, mówiąc do mnie:
— Zaczekaj tu.
— Przeszła pokoje i usłyszałem jak otworzyła drzwi wchodowe.
Nadstawiłem ucha.