Strona:PL Aleksander Dumas-Dama kameliowa.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Małgorzata śmiać się poczęła.
— Z czego się śmiejesz?
— Z niczego.
— Powiedz mi, proszę, inaczej będę sądził, że szydzisz ze mnie.
— A nie rozgniewasz się?
— Czegóżbym się miał gniewać?
— No więc, trzeba ci wiedzieć, że był ważny powód, dla którego sama weszłam do siebie...
— Jakiż to?
— Czekano tu na mnie.
Gdyby mnie była nożem pchnęła w tej chwili, mniejsząby mi boleść zadała. Wstałem i, podając jej rękę, rzekłem:
— Bądź zdrowa!
— Wiedziałam, że się będziesz gniewał — odpowiedziała. — Mężczyźni są dziwnie ciekawi tego, co im boleść sprawić może.
— Upewniam cię — rzekłem zimno, jak gdybym chciał jej pokazać, że nazawsze zostałem wyleczony z mej namiętności — upewniam cię, że nie jestem rozgniewany. Było to bardzo naturalnem, że ktoś czekał na ciebie, podobnie jak i to, że należy mi odejść o godzinie trzeciej zrana.
— Czy także czeka kto na ciebie?
— Nie, lecz muszę odejść.
— Bądź więc zdrów!
— Wyrzucasz mnie.
— Wcale nie.
— Dlaczego robisz mi przykrości?