Strona:PL Aleksander Dumas-Dama kameliowa.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kiedyś mnie przyjęła u siebie, kiedy cię poznałem, stałaś mi się konieczną i oszaleję, jeśli nie tylko nie będziesz mnie kochać, ale jeśli nie pozwolisz się kochać.
— Lecz, nieszczęśliwy, powiem ci to, co powiedziałam panu D.: jestżeś dość bogaty?! Czyż ty nie wiesz, że ja wydaję sześć do siedmiu tysięcy franków na miesiąc i że ten wydatek stał się potrzebą mego życia, czyż nie wiesz, mój biedny przyjacielu, że zrujnowałabym cię w krótkim czasie i że twoja rodzina wyparłaby się ciebie, dowiedziawszy się, że żyjesz z taką jak ja istotą. Kochaj mnie, dobrze, ale jak przyjaciel, nie inaczej. Odwiedzaj mnie, będziemy się śmieli, rozmawiali, lecz nie przesadzaj mojej wartości, bo ja niewiele jestem warta. Masz dobre serce, potrzebujesz być kochanym, jesteś za bardzo młody i za uczuciowy, byś mógł żyć w naszym świecie. Ożeń się. Widzisz, jestem dobrą dziewczyną i mówię otwarcie.
— Cóż u licha tam robicie? — krzyknęła Prudencya, której nie widzieliśmy jak weszła i stanęła na progu pokoju z włosami rozrzuconemi i suknią rozpiętą. Poznałem w tym nieporządku rękę Gastona.
— Rozmawiamy poważnie — odrzekła Małgorzata — zostaw nas na chwilę, zaraz do was przyjdziemy.
— Dobrze, dobrze, rozmawiajcie, moje dzieci — rzekła Prudencya — wychodząc i zamykając drzwi dla uzupełnienia tonu, z jakim wyrzekła ostatnie słowa.
— Tak więc, rzecz ułożona — ciągnęła Małgorzata, gdyśmy zostali sami — przestaniesz mnie kochać.
— Odjadę.