Strona:PL Ajschylos - Prometeusz skowany.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



Za moją kryje radą wszystkie sprzymierzeńce
Kronosa wraz z ich panem. Takie-ci ja wieńce
Nowemu zgotowałem królowi, i za to
Męczarnią mnie nagrodził — o, gorzka zapłato!
Lecz ponoć to już królów taki obłęd stary,
Że nawet przyjaciołom swym nie dają wiary...
A, jeśli mnie pytacie, za jaką przewinę,
Okryty taką hańbą, w tych katuszach ginę,
Odpowiem: ledwie zasiadł ten władyka srogi
Na tronie swym ojcowskim, począł między bogi
Rozdzielać dostojeństwa, stanowić urzędy
Dla jednych i dla drugich, wszelkie tylko względy
Dla biednych zdeptał ludzi — owszem, dawne plemię
Wyniszczyć nawet pragnął, aby nowem ziemię
Móc obsiać pokoleniem. Nikt się nie postawił
Okoniem, jam się tylko odważył i zbawił
Człowieka, że zdruzgotan nie spadł w Hadu ciemnie.
I za to tak bolesne uczyniono ze mnie,
Tak straszne widowisko — gorzko-ci je znosić
I gorzko patrzeć na nie!... Żem śmiał litość głosić
Dla ludzi, sam litości nie zaznałem! Składnie
Przystroił mnie tu Zeus, niechaj srom nań padnie!
PRZODOWNICA CHÓRU:
Z żelaza ma-ci serce, albo i z opoki,
W kim ból twój, Prometeju, nie wzbudzi głębokiej
Żałości! Ach, dlaczego na to patrzeć muszę?
Patrząca, czuję mękę, co mi szarpie duszę!
PROMETEUSZ:
Tak, litość w przyjaciołach wzbudza ból mój krwawy.
PRZODOWNICA CHÓRU:
Czyś więcej nie uczynił nic ponad te sprawy?
PROMETEUSZ:
Przeze mnie człek nie widzi, co za los go czeka.