Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Niektórzy nawet z „faktorów“, nie zwracając uwagi na zgorszone spojrzenia starszych gminy, zbliżali się do wózka i mówili:
— Całuję stopy jaśnie pana. Proszę się zatrzymać u Mendla. Jak tylko szabas się skończy, ja tam przyjdę, mam a fein kupiec na pszenicę dla jasnego pana.
W zajezdnym domu Mendla Szapiry duża latarnia oświetlała szerokie podwórze, a gościnnie otwarta brama wjazdowa aż prosiła, żeby nie minąć tego uczęszczanego przez okoliczną szlachtę zajazdu.
Nie myślał jej i Władysław mijać. Zebrał konie krótko na lejce i znikł za chwilę wraz z wózkiem i końmi w głębi żydowskiego domostwa. Na spotkanie gościa wybiegli tylko małoletni miszures i młode a zalotne córki gospodarza, bez których nabożeństwo w bóżnicy bezpiecznie obejść się mogło.
Władysław, nie zważając na zalotne umizgi przystojnych żydóweczek, wszedł do gościnnej izby i natychmiast posłał miszuresa, żeby mu zawołał faktora Zejdę.
— Niech Zejda zaraz tu przyjdzie, jak tylko szabas odejdzie — rzekł do żydka, a zapaliwszy sobie papierosa, usiadł milcząco w wygniecionym fotelu.
Za chwilę zjawiła się w izbie Chajka, najstarsza Mendlowa córka, i zaczęła ścierać ze stołu obficie leżące tam kurze; przy pracy tej otarła się kilka razy o ramię Władysława, wyciągając się przytem jak kotka.
— Jaśnie pan jakiś niezdrowy — zaczęła pierwsza rozmowę, widząc, że Władysław milczy i nie zwraca na nią uwagi. — Co jaśnie panu jest?