Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


własnymi dodatkami, wypadła bardzo zabawnie. Władysław jednak figurował w niej w dość dziwnej roli — za to Zienwicz urósł na zupełnego bohatera...
Jadwiga słuchała tych plotek zrazu z niechęcią, w miarę jednak opowiadania rosło w niej zainteresowanie się; uczuwała jakąś dziką rozkosz w burzeniu niedawno powstałych, a tak rozkosznych marzeń...
W duszy jej rosła niechęć do Władysława, jednocześnie jednak uczuwała jakąś niewytłumaczoną litość i pożałowanie; zdawało się jej, że odgadywała, iż odczuwała te walki wewnętrzne, jakie wrzały w duszy młodego człowieka, który bądź co bądź nie był jej obojętny. Chwilami pragnęła podać mu rękę, być dlań dobrą, dopomódz mu do wydobycia się z tej otchłani, którą malowały jej dyskretne słowa Niny, a którą jej własna wyobraźnia barwiła jeszcze bardziej ciemnymi, ponurymi kolorami. Słowa dowcipnej, światowej panny dźwięczały w jej uszach, a przed oczami duszy zmartwychwstawały obrazy z dziecinnych lat zapamiętane. Wszak pamiętała doskonale własnego ojca, który w ten sam sposób stoczył się na samo dno otchłani społecznej. Zdaje się jej, że widzi go w tej chwili jak wracał z pohulanki kilkudniowej w domowe progi, że słyszy płacz i narzekanie nieszczęśliwej matki, jej cierpkie słowa. I nagle zrodziła się w niej myśl, wątpliwość straszliwa: czy matka jej dobrze robiła, gdy dla zbłąkanego, nieszczęśliwego człowieka miała zawsze tylko — cierpkie słowa i chmurne oblicze? Może gdyby mu była łatwiej przebaczała, serdeczniej o zmianę postępowania prosiła, może byłby się zmienił, na inną drogę wszedł.