Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A literatura, a sztuka, a nauka marszałku, czyż dla nich nie ma miejsca?
— Ha! Zapewne, zapewne — odrzekł mu zapalony rolnik — i to potrzebne; gdzieś tam w miastach są ludzie, którzy życie tym zajęciom poświęcają... Co do mnie, to mam w moim budżecie przeznaczonych trzysta rubli na ten cel; a godzinę dziennie na przeczytanie gazet, więcej nie mogę!... A co więcej powiem.. Wielu spotykałem szlachciców, którzy zanadto temi rzeczami się zajmowali — to każdy stracił co miał i poszedł z batożkiem do miasta... Nie, to nie nasza, nie szlachecka rzecz!
— Może marszałek ma rację. Co do mnie, nie mam zupełnie żadnego talentu... chyba do ujeżdżania koni... — odpowiedział smutnie Władysław i rozmowa się urwała.
Wkrótce potem czarne kłęby dymu wznoszące się po nad złotą, ściernią pszenną oznajmiły, że zbliżają się do celu podróży. Oswojone z widokiem lokomobili i hałasem towarzyszącym jej ruchowi, marszałkowskie szpaki podeszły bardzo blisko i tylko strzygły uszami i niosły głowy trochę wyżej niż zwyczajnie.
— A co tam Wroński, czy dobrze idzie, czy wymłaca? — zawołał marszałek, zwracając się do zbliżającego się maszynisty i lekko jak młodzik wyskoczył z wózka.
— Kapitalnie, panie marszałku dobrodzieju! — rzekł, gładząc się po brzuchu główny maszynista — jak zegareczek damski, ślicznie idzie i nie tarabani.. Już to ślicznie Iwaszkiewicz naradził wziąć Ransoma, a nie Cleytona... dwa razy lepsza i podobno będzie mocniejsza!..