Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Od ósmej, panno Jadwigo, ale czyż warto dla mnie budzić się wcześniej niż zwykle; nawet pan Wędzolski ponoś na większe względy zasługuje, niż ja, tak dawny znajomy...
Gdy rzucił te niebaczne słowa, wnet ich gorzko pożałował, za późno jednak już było... Jadwiga spojrzała nań zdumionym wzrokiem, usta jej drobne ścięły się gniewnie, w duszy jej zrodziła się myśl, która całą, jej istotę napoiła żółcią.
— On żartuje sobie ze mnie! — pomyślała i w pierwszej chwili, nie umiała znaleźć słowa odpowiedzi.
Władysław natychmiast odczuł, jakie wrażenie zrobiły jego słowa, zrozumiał, że zrobił głupstwo, a w dodatku popełnił niegrzeczność, zbliżył się więc do Jadwigi i chciał ująć powtórnie jej rękę mówiąc:
— Niech mi pani przebaczy ten niewczesny żart... Tak! Żartowałem tylko.
Lecz przytomna dziewczyna była już zupełnie panią swej woli, wyraz zdumienia i rozgoryczenia zniknął z jej twarzy, a jego miejsce zajęły stanowczość i pewność siebie.
— Pan Władysław żartuje! — odrzekła powoli, wymawiając dobitnie każde słowo — Wiem już obecnie, że pan żartuje; zapewnie to żartów takich nauczył pana hrabia Karol, pański przyjaciel... Nie spodziewałam się jednak, żeby siostrzeniec mojej opiekunki dopuszczał się takich żartów względem — mnie.
Mówiąc to, wyprostowała się jakoś dziwnie i zdawała się prawie słuszną. Władysław słuchał słów oburzonej dziewczyny, tak, jak słucha żak napomnienia nauczyciela, spuścił głowę, twarz mu się powlekła wyrazem żalu głębokiego, a w koń-