Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


panu tak smacznego snu; na twarzy Żorża malowała się niepewność i wahanie; wreszcie popatrzył na pański zegarek leżący na stoliku, machnął ręką, niby mówiąc gestem: nie moja wina! — i zbliżył się do spiącego.
— Wielmożny panie! — szepnął, dotykając się do obnażonego ramienia. — Wielmożny Panie! Panie! — powtórzył głośniej.
Władysław ani drgnął.
— Panie! Panie, już ósma dochodzi! — krzyknął już zupełnie głośno i to w samo ucho śpiącemu. — Proszę wstawać! Pan kazał się zbudzić!...
Tak energiczne środki poskutkowały, Władysław otworzył oczy, ziewnął przeciągle, nerwowo, przetarł oczy i machinalnie spytał chłopaka:
— A jak tam, Żorż, na dworze?
— Pogoda proszę wielmożnego pana — odpowiedział zapytany — ale żeby pan nie zasnęli znowu — dodał z obawą — i tak ledwo się dobudziłem, a pan kazali koniecznie się zbudzić.
— Dobrze! dobrze! — przerwał mu Władysław — dawaj tylko wody — przy tych słowach jednym skokiem znalazł się na podłodze.
Dziś ubieranie trwało króciej, niż zazwyczaj, o kwadrans na dziewiątą był już w sali jadalnej. Przywitał go tam stary kredencarz, mówiąc, że pan marszałek i pan kapitan wypili już śniadanie i pojechali konno w pole, a panie jeszcze śpią...
Dusza Władysława była podobną tego poranku do niesłychanie czułego instrumentu, który pod najlżejszem dotknięciem głębokie i przejmujące tony wydaje... raz wesołe, to znowu bez przy-