Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Stróż, na odgłos dzwonka, drzwi domu otworzył. Dwoje młodych weszło w głąb bramy. Bramę wnet zatrzaśnięto i cisza zapanowała na Kuźnieckiej ulicy — — — — — — — — —
Przed szóstą rano drzwi domu Fahrenholza otworzyły się znowu i ukazał się w nich Władysław. Stróż ze zdziwieniem ścisnął banknot, dany mu za trud otwierania drzwi — do tak hojnych podarunków nie był przyzwyczajony. Władysław wyszedłszy, spojrzał w koło siebie.
Ulica była pusta. Cień wysokiego muru otaczającego ogród, należący do gimnazjum, osłaniał całą wązką uliczkę, tylko wznoszące się po nad mur minaretu i dach katedralnego kościoła błyszczały w promieniach porannego słońca. Ze szczytu kościelnej wieżyczki rozlegał się tęskny dźwięk sygnaturki, wzywający wiernych na poranną mszę.
Władysław szedł przed siebie smutny jakiś i głęboko zadumany. Niesmak i obrzydzenie do siebie samego, do własnej istoty, zajęły dziś miejsce wczorajszego szału. Przez zwykłą reakcję, lepsze, idealniejsze, wznioślejsze pierwiastki jego natury, brały teraz w nim górę; ze wstrętem odczuwał teraz wszystkie ohydne strony wczorajszej orgji... i zapomnienia. Głęboko estetyczna jego natura wzdragała się na wspomnienie ordynaryjnej, poziomej bachanalji.
Głos dzwonka rozlegał się ustawicznie, co raz to rzewniej, co raz żałośniej i wpływał do duszy jego i budził tam uśpione na dnie uczucia i pragnienia, zaszczepione przez ukochaną matkę, przez przedwcześnie zmarłego ojca Wstyd jakiś okropny ogarnął całą jego istotę i zarumienił się cały, tym zdrowym, uczciwym rumieńcem, zna-