Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Djabeł-by mu tam sprawdził! Jeżeliś co poszachrował, to twoja rzecz!... Kto ma szachrować, jak nie taki Wróbel? — zawołał Władysław, a w głosie jego drżała niecierpliwość. — Jest nas pięciu, niech każdy da po sześćdziesiąt blatów i koniec.
Papierki posypały się na stół.
— Masz pan tu trzysta rubli — mówił Władysław, ubierając kapelusz i podając Sadowej rękę — proszę wziąć sobie, co mu się z rachunku należy, resztę zaś dać służbie... Czy dorożki są przed restauracją?
— Są! są! Proszę jaśnie pana — zawołali gospodarz i wszyscy lokaje, odprowadzając z niskimi ukłonami wesołą młodzież do drzwi restauracji.
Władysław z Sadową wyszli pierwsi, pijany komik wysunął się tuż za niemi, a gdy Władysław pomógł wsiąść dziewczynie do powozu i zabierał się usiąść obok niej, uczuł nagle, że coś go ciągnie za ramię.
— Kto tam? — zawołał niecierpliwie.
— To ja, Welon — odpowiedział, zataczając się pijany aktor. — Panie hrabio, ta dama została powierzoną mej opiece, ja nie mogę pozwolić, żebyś ją hrabia... tego, to jest... hrabia... żebyś ją samą... to jest... odprowadzał.
— Welon, idź stary spać! — zawołała niecierpliwie z powozu aktorka.
— Panie hrabio! — bełkotał niezbity z tropu, przestępując z nogi na nogę i kiwając się bezustannie komik. — Wy macie charakter... grafie, wy macie honor szlachecki!... Ona sierota... artystka, tego... ma powołanie! Grafie, mój święty obowią-