Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


klasycznie pięknej Aniuty-Karwiny; Dunia podkręcała piękne, delikatne wąsiki Karola, a Sadowa siedziała na kolanach Władysława i wpatrzona namiętnie w jego oczy, szeptała: — Ty musisz być dobry! Ty pewno umiesz pokochać prawdziwie. Ty gałubczyk mój![1].
Szanowny komik kamienieckiej sceny rozmawiał z Jasiem Mądrowskim i statecznie wypróżniał jednę po drugiej szklankę szampańskiego wina. Mówili o trudnych dzisiejszych warunkach sztuki dramatycznej. Nagle Władysław wstał pierwszy i powiedział:
— Dość już tego, wypiliśmy morze wina. Ja więcej pić nie będę; i tak głowa mi się kręci... Płaćmy rachunek — i każdy w swoję stronę... Hej Wróbel, rachunek!
Za chwilę wcisnął się do pokoju mały, pękaty, łysy człowieczek, kłaniając się pokornie na wszystkie strony
— Na rozkazy jaśnie hrabiów! — wyszeptał.
— Panie Wróblewski, proszę podać rachunek — mówił, występując naprzód i obejmując rolę gospodarza Dolko Rossochacki. — Wiele się panu należy?
Mały człowieczek nachylił się nad długim paskiem zapisanego papieru, z którego czytał coś pospiesznie i bardzo cichym głosem coś sumował, wreszcie, podnosząc głowę, zawołał głośno:

— Dwieście sześćdziesiąt siedem rubli, trzydzieście dwie kopiejki. Niech jaśnie pan sprawdzi — dodał, podając Dołkowi trzymaną w ręku ćwiartkę papieru.

  1. Mój gołąbek.