Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bierz-no się ostrzej! Hej! służba! nalewać wina... Moi państwo! — zaczął znowu uroczystym głosem — ze smutkiem muszę wam jeszcze powiedzieć, że tak szczęśliwie zawiązanemu i świetnie rozwijającemu się klubowi grozi wielkie niebezpieczeństwo... niebezpieczeństwo rozbicia zupełnego, niebezpieczeństwo utraty czcigodnego prezesa.... Tak! tak! panowie i panie, wróg rodu kawalerskiego... miłość sakramentalna wkradła mu się do serca.
— Karol, proszę cię, milcz! — zawołał, zrywając się z krzesła Władysław.
Mon cher, sois tranquille! — mówił dalej hrabia, zwracając się do Władysława, a mówił z tak komiczną powagą, że nawet sam Władysław musiał się rozśmiać. — Uspokój się, mój drogi, imię tej nowej Ewy, która stara się podkopać istnienie naszego klubu nie będzie tu wymówione.. Tak, panowie! — mówił dalej — straszne niebezpieczeństwo grozi naszemu prezesowi, grozi przez to samo i nam, całemu klubowi... Cne panny, kapłanki wolnej miłości, anioły niekrępowanych uczuć, artystki w całem tego słowa znaczeniu, postarajcie się odegnać od serca naszego prezesa tego demona.. To wasza rola, to wasz święty obowiązek.. A teraz wypijmy razem zdrowie wesołej, nieopatrznej, wolnej miłości. Niech nam żyje! Niech nam oświeca szare dnie powszedniego życia!
I znowu podniosły się wszystkie szklanki do ust i wypróżnione do dna spoczęły na stole. Karol objął pełną kibić pięknej Duni, przycisnął dziewczynę do piersi i na jej ustach złożył długi, przeciągły pocałunek.
— Jasiu, w moje ślady! — zawołał na Mądrowskiego, który jakoś nie mógł w żaden sposób zdo-