Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


krew gorąca i nerwy rozuzdane wzięły górę, choć na pozór smutny i zamyślony, jednak z przyjemnością już brał udział w tej orgji.
Hrabia Karol, zatopiony napozór zupełnie w rozmowie z pulchną Dunią, nie spuszczał jednak oczu z Władysława; przypatrywał mu się z uwagą, a od czasu do czasu ironiczny uśmiech przelatywał mu po pięknej twarzy. Nagle kazał napełnić na nowo wszystkie szklanki winem, wstał wyprostował się, przybrał wyraz przesadnej powagi, który potęgował jeszcze bardziej komiczne wrażenie słów jego.
Mesdames et chevaliers! — zawołał z patosem. — To, co tu powiem, będzie niejako pochwałą siebie samego, lecz jeżeli nikt nas nie chwali, musimy sami to robić... Zauważyłem, że całe szanowne grono zebranych tu osób uznało za stosowne w karygodny sposób zamilczeć o najpoważniejszej naszej narodowej instytucji, świeżo zawiązanej i szczęśliwie rozwijającej się w naszych smutnych czasach... Mówię tu o sławnym już i znanym w dalekich nawet stronach naszej ojczyzny — Klubie nietoperzy. Wnoszę więc zdrowie szanownego klubu, do którego mam zaszczyt sam należeć!... Wznoszę zdrowie czcigodnego prezesa i przewodnika tego klubu, obecnego tu między nami Jaśnie wielmożnego kawalera Władysława Kierbicza.. Niech nam żyje! Vivat!
Wszystkie szklanki wzniosły się w górę, wszystkie stuknęły o szklankę Władysława i w pokoju zapanował nagle hałas piekielny: — Niech żyje! Vivat!
— Proszę wychylić do dna! — grzmiał po nad ten gwar głos hrabiego Karola. — Władek dokończ! Jaś, coś nie możesz dać sobie rady z tą Sadową..