Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


patrzoną w płonący ogień na kominie. Zwolna jasne oczy wymalowanego na obrazie dziewczęcia zaczęły jakby ciemnieć i wkrótce zdawały mu się być zupełnie czarnemi i włosy nagle poczerniały i cera rumiana zmieniła się na matowo śniadą… Patrzył na obcy obraz, a rozbujała wyobraźnia malowała mu inny, przez niego ukochany, w duszy jego mieszkający, sercem drogi — obraz ukochanej dziewczyny.
— Jadwiga! — zawołał znowu i z gniewem zerwał się z sofy. Przechodząc się po pokoju, szepnął sam do siebie: — Wszędzie ją widzę… Żyć bez niej nie mogę.
Rozmyślania te przerwał mu swem wejściem stary kamerdyner i zapytał: co woli, czy cielęcinę, czy wołowe mięso?
Odpowiedział, że jest mu to zupełnie obojętne. Stary wytresowany sługa poznawszy, że gość nie jest usposobiony do rozmowy, wyszedł natychmiast i Władysław został znowu sam. Lecz raz spłoszony, rozwiany czar nie wraca; na próżno teraz spoglądał na obraz zadumanej dziewczyny — teraz widzi tylko jasne, popielatawe loki i błękitne oczy i buzię rumianą — tamta czarnooka zniknęła. Obrócił się więc w drugą stronę i ujrzał przed sobą portret gospodarza domu dziesięć czy dwanaście lat temu malowany, to jest na kilka lat pierwej, nim poznał go Władysław po raz pierwszy. Portret, malowany przez jednego z mistrzów pendzla, był niesłychanie podobny, artysta potrafił pochwycić nietylko podobieństwo rysów, ale mogło się zdawać, że z obrazu tego przeziera cała dusza człowieka…
Tak patrzył nań Walerjan, gdy po raz pierwszy się spotkali… Tak! Władysław przypomniał