Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pośród łanów tych rysowały się rzadko rozrzucone wsie i folwarki, znacząc swe kontury zielenią drzew ogrodowych i białemi ścianami obszernych gospodarskich budynków.
Dziwny urok posiada ten na pozór jednostajny i monotonny niby krajobraz podolski; tkwi w nim nieprzeparty jakiś czar, przykuwający ludzką pamięć... ludzkie serca. Są ludzie, którzy ukochawszy go, a straciwszy nagle, tęsknią za nim długie lata; tęsknią, choćby mieli przed oczyma najcudniejsze gór widoki, najdziwaczniejsze wybrzeży morskich załomy; tęsknią za czarem, który otacza tę ziemię, krwią bohaterską obficie zlaną; tęsknią za tymi szeptami tajemniczymi, a dla kochającego ucha zrozumiałymi, które po nad role i łąki, po nad jary i pagórki, po nad burzany i kurhany płyną — i do duszy się wciskają, by w niej na długo, długo... do samej śmierci pozostać; tęsknią i więdną duchowo i modlą się skrycie, by przed śmiercią jeszcze na te łany spojrzeć, by do nich powrócić i pod czarną ziemią skołatane serce na wieczny spoczynek złożyć.
Władysław miał w duszy takie same bałwochwalcze przywiązanie do tej ziemi i umiał odczuć całe jej piękno. Nieraz wśród gwaru zabaw i rozrywek gdzieś w dalekiem i ludnem mieście uczuwał nagle tęsknicę straszną, za oddechem równin podolskich, zrywał się wówczas gwałtownie, rzucał wszystko, zabawę, gry, nierzadko miłostkę i pędził dzień i noc, bez ustanku, i uspokajał się dopiero wówczas gdy znalazł się wśród tych czarnoziemnych obszarów i odetchnął balzamicznem powietrzem... Przywiązanie to do rodzinnej okolicy ochroniło go od wynarodowienia się... wylatywał