Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


cusczyzną zatrzymując się dla wypowiedzenia ich w każdych drzwiach przez które przechodzili. Wreszcie, gdy się już znaleźli na ganku, odciągnął jeszcze Władysława na stronę i zapytał go nagle:
— Władek, powiedz prawdę, czy ci te pieniądze od tego dudka wystarczą na opłacenie żniw?.. To ja staremu tumanowi nagadałem cudów o twojej pszenicy, wiedziałem, że piszczysz... Jeżeli ci braknie, to temi dniami mogę wypompować gdzieś u braci mojżeszowego wyznania z jakie trzysta blatów... Powiedz?
— Nie! dziękuję ci — odparł serdecznym tonem Władysław — na teraz wystarczy mi to...
— A z tą panną bądź ostrożny — dodał hrabia, ściskając gospodarza za rękę — nic łatwiejszego, jak palnąć głupstwo.. Oh! z pannami z towarzystwa nie ma żartów..
Po tych słowach, nie czekając odpowiedzi, zbiegł prędko z ganku i ulokował się obok siedzącego już Jasia.
— No, wio Andrus! Do domowego znicza — zawołał żartobliwie. — Oj! znicz, znicz! La maison n’est pas gaie, et la vie entre papa et maman... Eh! Czort ważmi! Ruszaj, Andrus!
I pojechali