Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


węda... A skąd? a dokąd? gadu, gadu, dość, że zaprosił mię do Browarki na kolację, no i na nocleg.
Ależ paszkwil, paszkwil, doktorze ! Ty mnie dziś zamęczysz! — wołał Władysław.
— Już zaraz będzie. Cierpliwości! Po pół godzinie rozmowy opowiada mi, że dostał anonimowy list, w którym były wiersze... Dał mi te wiersze do przeczytania..
— Cóż w nich?
— E! Głupstwo i... szkarada! Zwykła paplanina. Opisuje pannę bez posagu, która umiała osidlić bogatą krewnę, marszałkową, a obecnie kokietuje jej syna i pragnie się za niego wydać, a mimochodem bałamuci i innych. Zdaje mi się, że ramotę tę spłodził albo sam Wędzolski, albo jego siostrunia, bo błędów ortograficznych bez liku i same takie ich familijne.. Wyobraź sobie, że ja z praktyki znam ortografję wielu rodzin podolskich i mógłbym o tym przedmiocie napisać wyczerpujące gramatyczno-heraldyczne dzieło... A wiesz, że jest i o tobie wzmianka?
— Cóż ta małpa mogła o mnie napisać?
— Zaraz... zaraz... niech sobie przypomnę... Aha... prawda! Powiada, że ciebie i pana Walerjana Zienwicza panna ta używa na straszaka, ażeby skłonić Józia marszałkowicza do oświadczyn etc. etc.
— Dam ja mu straszaka! Czekaj, czekaj, aż mu bronzy przy chomątach ze strachu pordzewiewieją... Ależ zuchwała bestja! Mówisz, że i Zienwicza zaczepił! Okrutnie dmie w te swoje krocie.. Co z takim kpem robić? Czy bić się z nim? czy nie? Licho jego wie! Muszę się z Karolkiem i Jasiem poradzie... A tu w dodatku grosza przy