Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rosa, dopiero gdy gospodarz skończył, rzekł z flegmą:
— Uważam, że będziesz musiał z przyszłą wiosną do jakiegoś hydropatycznego zakładu pojechać... Nerwy masz strasznie rozstrojone; widzisz, to zawsze są takie następstwa podobnego życia, jakie wy wszyscy prowadzicie... Zimna woda! zimna woda!
— Wypchaj się tam zimną wodą! Morały doktorskie zostaw dla moich kuzynek, którym w głowie przewracasz swą medycyną... Powiedz mi coś bliższego o tym paszkwilu... No, mów, bo nie wytrzymam!
— Uspokój się, nie zarzucaj mnie tysiącem pytań — mówił spokojnie doktor, i popijając herbatę — to ci wszystko opowiem.
— Słucham cię! Zimna, zgalareciała, kliniczna rybo! — zawołał młody człowiek, siadając obok.
— Więc było tak: wczoraj po południu wezwali mię do tej Sobolskiej w Latawie, żony kasjera przy fabryce cukru; baba zawsze sobie coś napyta, na odpust się powlekła i dostała pokarmowej gorączki.
— Mój drogi, cóż mnie może obchodzić gorączka pani Sobolskiej.
— Cicho warjacie! To bardzo ładna kobieta, ale mniejsza z tem! Zabawiłem tam do ósmej wieczorem. Wyjeżdżam i spotykam się w kołowrocie z Wędzolskim... Pi ! pi ! pi! Jechał powiadam ci wspaniałym powozem, cztery konie w lejc, chomąty.. aż blask od nich bił, lokaj, furman w liberji grandioso Mój Semań wziął na bok, myślał, że hrabia Sępiński jedzie. Mijamy się, patrzę, a to pan Wędzolski, kłaniam mu się z rewerencją... a on krzyczy: how! stój! Stanęliśmy więc obaj.. I ga-