Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/021

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Doktor usiadł i z wielkiem namaszczeniem zabrał się do pulardy na zimno, i tak go to zajęcie zabsorbowało, że przez kilka minut ani słowa nie mówił.
— Nie pakuj tak bez przestanku doktorku, to nie zdrowo — przemówił młody gospodarz, z przyjemnością patrząc na apetyt gościa — przerwij lepiej na chwilę to jedzenie i mów, coś tam nowego w zacnej Browarce usłyszał? Czy jaśnie wielmożny pan Wędzolski w domu?
— W domu — odpowiedział gość, odsuwając kość ze świeżo zjedzonego skrzydełka — w domu, ale powiedz ty mi, dla czego nigdzie mi tak nie smakuje, jak u ciebie, ten twój Stanisław, to niezaprzeczenie nieoceniony kucharz.
— Wiesz, żeś prawdziwie miły — przerwał mu Władysław — wychodzisz już zupełnie na starego kawalera... podniebienie u ciebie to grunt... Mów, coś u Wędzolskiego słyszał?
— Eh! długa historja! A nawet nie wiem, czy ci to mówić, mogą z tego jakieś awantury wyniknąć, a potem powiedzą: — doktor plotki wozi!... Lepiej zatrzymam to przy sobie... ot, zwyczajnie parweniuszowskie brudy.
— Paradny jesteś, mój kochany! — zawołał zirytowany gospodarz i mówił dalej, naśladując głos doktora — a potem powiedzą... doktor plotki wozi!... I niby ty się tego boisz? Niby to już i tak nie krzyczą całe trzy gubernje, od nie wiem wielu lat: nie ma większego plotkarza, jak doktor Kocowski! Ale ty najlepiej na tem wychodzisz, bo baby, zawsze na plotki łase, na koniec świata cię sprowadzają... No, mówże raz! Mnie przecież możesz powiedzieć.