Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Kto to? kto to? Panie Fiks, to pan? Co pan tu robisz?
— Co? Nu nic, ja tak sobie — odparł żyd z niekłamanem zdziwieniem spoglądając na doktora. — Ja tak sobie do jaśnie pana Kierbicza po interesie przyjechał. — Tu robiąc konfidencjonalną minę szepnął zupełnie cicho. — Nu, on się już obudził, czy jeszcze nie? Ja bym się chciał koniecznie z nim zobaczyć.
Doktor stanął jak wryty i potęgując jeszcze bardziej wyraz zdziwienia zapytał:
— Co? A to nie może być. Czy byś pan miał w rzeczy samej tyle odwagi?
Ja nie wiem na co tu takie odwagę, niby ja pana Władysława nie znam, on jest dobry człowiek choć czasem krzyknie, ale on człowieka na osobie nie skrzywdzi... O a fein, fein purec!
— Ależ człowieku! to ty chyba nie wiesz co tu się dzieje? nic ci służba nie powiedziała?... Pan Władysław chory, bardzo chory... widzieć się z nikim nie może!
— Słaby? — jęknął żyd — słaby? Co jemu jest? Aj gewalt! Czy on bardzo słaby? Panie konsyljarzu, czy on bardzo słaby! Co jemu jest?
Doktor przybrał bardzo poważną i smutną minę i podnosząc oczy w górę ze śmieszną emfazą wygłosił:
— Panie Fiks, stało się wielkie nieszczęście, pan Władysław zachorował na... tyfus plamisty. Ma już czterdzieści stopni gorączki.
Wus? co pan konsyljarz mówi? — krzyknął żyd, odskakując na pięć kroków od drzwi. — Wus? a plamiste tifus, a fercyg gradus gorączki.. Mikołaju!... Mikołaju! za dla czego wy mnie nie gadali, co wasz pan taki słaby?