Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


co ma zrobić? Był zdyszany i mocno zarumieniony.
— Żorż, hultaju! — wołał świeżo obudzony pan. — Wiele razy, trutniu, nakazuję ci, żebyś rano czekał w jadalnym pokoju, aż się obudzę i zawołam... A ty zawsze latasz Bóg wie za czem... Powiedz: gdzie cię mara nosiła?
Chłopak stał zmięszany, z nogi na nogę przestępując, jakby dla dodania sobie kontenansu.
— No!... Gdzieś był? Mów!
— Proszę wielmożnego pana — wyksztusił wreszcie, szukając czegoś po kieszeniach — proszę pana... nożyk.
— Co? co to znaczy, nożyk?
— Ta nic! proszę pana, kupiłem nożyk za dwa złote. Tak było: Mikołaj posłał mnie rano do Abramka rozmieniać rubla. Idę, a koło bramy stoi podwoda z Rajpola, ten chłop co z Fiksem przyjechał...
— Z Fiksem! — zawołał nagle panicz, siadając na łóżku. — Z Fiksem! Czemuż mi ośle nie mówisz, że był Fiks?
— Ta on jeszcze jest. My jemu powiedzieli, że wielmożny pan spi, a on powiedział, że to nic nie szkodzi, bo on poczeka aż pan wstanie... Siedzi sobie w kredensie; Mikołaj dał mu herbaty; nabrał sobie cukru, jak jaki pan... aż trzy kawałki i popija... Pytał się Mikołaja: co u nas słychać, wiele kóp pszenicy nażęli?
Gdy to mówił chłopak, na wyrazistej i ruchliwej twarzy pana Władysława odbijały się na przemiany — to niepokój — to gniew — to znudzenie. Nagle przerwał Jurkową relację gestem nakazującym mu zbliżenie się do łóżka.