Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/013

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I.

Przez szparę w storach wkradł się do pokoju wązki pasek światła słonecznego. Dłużej już, niż godzinę wędrował on z drzwi na szafę — z szafy na szaragi, zawieszone bronią i jeździeckimi przyborami — z szaragów przeniósł się na dywan — wreszcie spoczął na zamkniętych oczach uśpionego młodzieńca. Pod wpływem tego jaskrawego światła twarz pana Władysława Kierbicza skrzywiła się niemiłosiernie; ręka mimowolnie wykonywała ruch taki, jakim odpędza się muchy; a przez zamknięte usta przecisnęło się pół słowa cudzoziemskiej klątwy, które brzmiało... coś w rodzaju — sacrrr’.
Promyk słońca nie przestraszył się tego, padał uparcie w to samo miejsce i... obudził wreszcie leniucha.
Pan Władysław przestał spać, otworzył oczy, ziewnął przeciągle i klaskając w dłonie równocześnie donośnym głosem zawołał:
— Żorż! Żorż!... Gdzie cię djabli znowu ponieśli!... Żorż!
Za chwilę drzwi się trzaskiem otworzyły i do pokoju wpadł młody, szesnastoletni może chłopak, w zgrabny strzelecki kostium odziany. Wszedłszy, stanął na chwilę, jakby namyślając się: