Przejdź do zawartości

Strona:PL A Dumas Córka rejenta.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

wiedzialność. Powinienem więc czuwać nad wami, chociaż pomimo woli waszéj.
 — W takim razie, miéj baczność margrabio, bo mnie bardziéj się spieszy, stanąć tam przy tym murze, aniżeli tobie widziéć przeprawę moję. Nie dam ci długo czekać.
 Gaston przywiązał konia swojego do drzewa. Otworzył kratę, dzięki desce, która leżąc w poprzek strumyka, mostek stanowiła; szedł ponad ogrodzeniem, by ominąć miejsce, w którem spadek wody przeszkadzał jéj zmarznięciu, i wstąpił na lód, który głucho i przeciągle zatrzeszczał pod jego nogami.
 — W imię Boga! krzyknął Mont-Louis, tłumiąc jednakże głos. Gastonie, miéj rozwagę!
 — Bogu się oddaję. Patrzaj, margrabio.
 — Gastonie! zwołał Pontcalec, ja ci wierzę. Ja ci wierzę, Gastonie!
 — Otóż to podwaja moję odwagę! odpowiedział kawaler.
 — A teraz, Gastonie, jedno jeszcze słówko: Kiedyż się udasz w podróż?

 — Jutro o tym czasie, margrabio, będę