jak jeździec fantastyczny, zdążający na sabat.
U bram miasta koń jego się potknął, ale Gaston pozostał w strzemionach, i za pomocą cugli, któremi szarpnął, i ostróg, któremi go ukłuł, biedny koń znowu powstał.
Noc była czarna, nikogo na okopach nie dojrzano, nawet i straże mknęły w ciemnościach: Nantes wyglądało, jak miasto, w którém wszyscy wymarli.
Przy bramie jednakżeż żołnierz na straży będący, przemówił do niego słów kilka, lecz ich Gaston nie dosłyszał, pospieszając daléj.
Na ulicy zamkowéj koń jego padł znowu i już więcéj nie powstał. Ale to Gastona nie obchodziło wcale, wszakżeż już był w miejscu. Pieszo biegł daléj, kości jego były jak połamane, lecz nie czuł żadnego utrudzenia, w ręku trzymał papier.
W drodze zadziwiło go, że to przedmieście zwykle tak zaludnione, dziś było puste i ciche. Ale im daléj szedł, zwłaszcza mijając ulicę prowadzącą wprost na plac
Strona:PL A Dumas Córka rejenta.djvu/759
Wygląd
Ta strona została przepisana.