Od szesnastu godzin pierwszy dopiero raz jednę stracił sekundę. A jednakżeż przeklęty kurjer jeszcze go cięgle o półtoréj godziny wyprzedzał. W przeciągu ośmdziesięciu mil, Gaston zaledwie pięćdziesiąt minut był zyskał.
Noc zapadła i Gaston, sądząc zawsze, że coś ujrzy na widokręgu, przedzierał czarną przestrzeń krwią zaszłém okiem; był jak we śnie i mniemał, że słyszy dzwonienie, bicie z armat i uderzanie w bębny. Miał pełną głowę żałobnych pieśni i wrzawy złowróźbéj; już nie żył życiem ludzi: gorączka krzepiła jego siły, na powietrzu leciał.
Około godziny ósméj wieczorem dojrzał wreszcie na widnokręgu, Nantes, jakby masę. jaką ciemną, posianą światełkami, błyszczącemi jak gwiazdy.
Chciał odetchnąć, i sądząc że mu chustka na szyi oddech tamuje, odwiązał ją i na drogę rzucił.
Pędząc na koniu karym, czarnym okryty płaszczem, z gołą głową (bo kapelusz już dawniéj był zgubił) Gaston wyglądał,