Przejdź do zawartości

Strona:PL A Dumas Córka rejenta.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— No, tak jest.
— Tam, gdzie wasza królewska mość teraz siedzisz?
— W tém samém miejscu.
— To był księże Ludwik Orleański?
— On sam.
— O, jaśnie oświecony panie, jakżeż jest niepodobien do waszéj królewskiéj mości, i jakżem kontenta, żem się ocknęła.
— Ale ja nie, przemówiła Julija.
— I cóż waszéj królewskiéj mości mówiłem! zawołał Dubois. Ty zaś Julijo, moje dziecię, wartaś tyle złota ile ważysz.
— Więc mnie zawsze kochasz, moja Myszko? pytał rejent.
— Mam słabość do waszéj królewskiéj mości.
— Pomimo snów twoich?
— Czasem nawet właśnie z przyczyny tych snów, jaśnie oświecony panie.
— To nie bardzo jest pochlebném, jeżeli wszystkie sny twoje podobne do dzisiejszego.
— O, niechaj wasza królewska mość nie przypuszcza, ażebym co noc cierpiała na zmorę.