Przejdź do zawartości

Strona:PL A Dumas Córka rejenta.djvu/737

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— Lecz po cóż się narażać, ażeby nas jaki zbir zranił? wtrącił Pontcalec.
— Rana którą zbir zada, zagoi się, lecz rana zadana przez kata, nigdy.
— Prawda! zawołał Mont-Louis, zgadzam się z tobą.
— Bądź spokojnym, tak samo z tobą, jak zemną będzie miał do czynienia.
— Ah! otóż i zawsze owa przepowiednia. Wiesz dobrze, Pontcalec, że w nią nie wierzę.
— Masz niesłuszność.
Mont-Louis i Ducouëdic potrząsnęli głową, lecz Talhouet nie zgadzał się z nimi.
— Niezawodną jest rzeczą, moi kochani, że nas na wygnanie skażą, mówił znowu Pontcalec. Będziemy zmuszeni puścić się na morze, i okręt na którym ja popłynę, rozbije się w drodze. To jest mój los: wasz może być innym. Wsiądźcie tylko na inny okręt; chyba że spadnę z pokładu w morze, albo zsunę się z wschodów. Zawsze jednakże na morzu zginę. Wy to wiecie, że gdybym i na śmierć był skaza-