— I to zaraz, zaraz, nieprawdaż, jaśnie oświecony panie? wołał Gaston. Mimowolnie strasznéj doznaję trwogi. O łaskę, o łaskę dla nich błagam!
— Ej, mój panie, skoro wasza królewska mość przyrzekłeś, to wszystko jest jedno, czy to nastąpi kilka minut wcześniéj lub późniéj, wtrącił Dubois.
Rejent na niego niespokojnie spojrzał.
— Tak, masz słuszność, nie należy odwlekać... Zaraz... Twoją tekę, opacie, spieszmy się, Gaston jest niecierpliwy.
Dubois się skłonił, pobiegł ku drzwiom, oranżeryi, zawołał lokaja, odebrał z rąk jego tekę, wyjął z niéj czysty arkusz papieru, napisał na nim ułaskawienie, które książę niebawem podpisał.
— A teraz kurjera, co tchu! zawołał książę!
— Kurjera? powtórzył Gaston. O nie potrzebny on!
— Jakto?
— Nigdyby dosyć nie pospieszał: ja sam, polecę, jeżeli wasza książęca mość na to zezwolisz. Każda chwila, którą zyskam,