on, tak jak ty teraz, przy mnie siedzi, że mi się zdaje, jak gdybym ojca mojego była znalazła.
— Biedne dziecię!
— Nadto, jakimś dziwnym trafem, głos jego bardzo jest podobnym do głosu tego człowieka, który mnie w Rambouillet odwiedził. Podobieństwo to zaraz mnie na pierwszym wstępie uderzyło.
— Tak myślisz? wymówił Gaston w roztargnieniu.
— Ale o czemże ty dumasz? Mój Boże zdaje mi się, że nie słuchasz tego, co ci mówię.
— Ja, Heleno, ja! wszakżeż każdy twój wyraz pada mi na dno serca.
— Jesteś niespokojny. O Gastonie! pojmuję wszystko. Należący do spisku, życie swoje niesie w ofierze. Ale bądź spokojnym, powiedziałam to już księciu: jeżeli ty umrzesz to i ja umrę.
Gaston zadrżał.
— Jesteś odważną! zawołał.
— O mój Boże! jakaż to męczarnia: przeczuwać, że ten którego się kocha