— Niepotrzebnie się tłumaczysz, Mont-Louis, odrzekł Pontcalec, znamy ciebie. Przyjmujemy twój wniosek i oddaję go pod głosowanie.
I ze zwykłym sobie spokojem, Pontcalec przystąpił do téj formułki, od któréj zależało ich życie, jakby do każdej innéj, podrzędnéj wagi.
— Niechżeż ci, wymówił, którzy przenoszą ucieczkę nad los wątpliwy, jaki nas czeka, jednę rękę podniosą do góry.
Ducouëdic i Mont-Louis podnieśli ręce.
— Dwóch przeciwko dwom, wyrzekł Talhouet, to na nic się nie zdało: więc idźmy za natchnieniem swojém.
— Tak, ależ wiecie, że ja, jako prezydujący, mam dwa głosy, mówił Pontcalec.
— To jest prawda! wyrzekli Mont-Louis i Ducouëdic.
— Niechżeż więc teraz ci, którzy chcą pozostać, ręce podniosą, wymówił znowu Pontcalec.
I on i Talhouet podnieśli ręce. Że zaś Pontcalec miał dwa głosy, przeto większość z ich strony była.
Strona:PL A Dumas Córka rejenta.djvu/499
Wygląd
Ta strona została przepisana.