oświecony pan zapomniał, żeś w moje ręce ten cały oddał spisek?
— Oddałem ci kawalera, to prawda. Ale przyrzekłem mu, że zastąpię ojca kochance jego. Dałem słowo, i dotrzymam je. Ponieważ jéj kochanka na śmierć skazuję, to powinienem przynajmniéj starać się pocieszać ją.
— Wezmę to na siebie, mówił Dubois, usiłując szatańskim uśmiechem, jemu tylko właściwym, pokryć swoję bladość i pomięszanie.
— Milcz i nie ruszaj się ztąd! zawołał rejent, byś znowu czegoś niegodnego nie popełnił.
— Tam do licha! dozwólżeż przynajmniéj wasza królewska mość, bym się z nią rożmówił.
— Ja sam z nią pomówię. To do ciebie wcale nie należy. Mam obowiązek, dałem słowo swoję... Milcz i pozostań tutaj.
Dubois gryzł sobie pięści, ale skoro rejent w ten sposób przemawiał, potrzeba było słuchać; oparł się więc o przymurek kominka i czekał.