który rzeczywiście takiego, jak ja nauczyciela, bardzo potrzebuje.
— Daléj, daléj.
— I bardzo sprawiedliwie, bo tutaj obecnie niemasz już mowy o synie jaśnie oświeconego pana, ale o córce...
— O któréjże?
— Ach prawda, mamy ich tyle! Nasamprzód wielebną, ksienią w Chelles; potém księżną, de Berry, następnie panne de Valois; potem kilka młodziutkich, o których mówić niemożna, a tém bardziéj ja; to znowu ów powabny kwiatek bretoński. którego chciano usunąć od zatrutego oddechu Dubois, ażeby nie zwiądł.
— Czy śmiesz twierdzić, żem nie miał słuszności?
— Przeciwnie, wasza królewska mość wybornie sobie postąpiłeś. Niechcąc się wdawać z owym nikczemnym Dubois, wybrałeś jaśnie oświecony pan w mejscu ś. p. arcybiskupa z Cambrai, tego poczciwego, godnego, pełnego cnoty i moralności Nocé’go, nawet dom od niego pożyczyłeś sobie, jaśnie oświecony panie.