Przejdź do zawartości

Strona:PL A Dumas Córka rejenta.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

śladował krzyk sowy. Okno otworzyło się zaraz.
Jako najsłodszą nagrodę za przebyto trudy i niebezpieczeństwa, ujrzał niebawem, niemal tuż obok swojéj głowy, śliczną główkę ukochanéj, gdy rączka ciepła i miękka rękę jego spotkała. To było po raz pierwszy. Gaston ujął tę rączkę i z uniesieniem do ust ją przycisnął.
— Gastonie, więc przybyłeś pomimo mrozu, po lodzie, nieprawdaż? A ja ci w moim liście tego uczynić zakazywałem. Woda zaledwie, że się ścięła dopiero.
— Z twoim listem na sercu, mniemam że dla mnie niemasz niebezpieczeństwa. Lecz cóżeś mi miała powiedzieć, tak smutnego, ważnego? płakałaś?
— Niestety! mój miły, od dziś rana nic innego nie robię.
— Od dziś rana, poszepnął Gaston z smutnym uśmiechem: to jest dziwna! i ja także, i jabym płakał od samego rana, gdybym nie był męzczyzną.
— Co mówisz Gastonie?
— Nic ważnego, moja droga. Ale cóż