— Rozumiem, pani chcesz ofiarować je pannie Marcie.
Panna Lormeau uśmiechnęła się, a wziąwszy notarjusza za rękę dodała:
— Mylisz się pan. Panna Marta otrzyma inne klejnoty z rąk Jerzego de Santenay.
— Pewnie, sądziłem jednak...
— Czekaj pan. Ja zajmę się podarkiem ślubnym i nie potrzebuję dodawać, że postaram się o coś godnego tej szlachetnej dziewicy.
— O! wiem, czego się można od pani spodziewać.
— Jeśli proszę pana o odstąpienie mi klejnotów ofiarowanych niegdyś Marcie przez ojca, robię to dla tego, gdyż chcę je zostawić dla siebie, jako największy skarb.
— Teraz zrozumiałem. Kobiety w ogóle odznaczają się niezrównaną delikatnością uczuć, a pani posiada ją w szczególności.
— Pochlebca!, — Jutro oddam pani puzderko z klejnotami.
— Dziękuję panu.
W dwa dni po wyżej wymienionych wypadkach, Marta otrzymała w zamian za swój, długi i serdeczny list od przełożonej Dominikanek.
„Tracimy cię, pisała poczciwa zakonnica, lecz wierzaj mi Marto, że więcej się cieszę tą nowiną jak smucę. Powołania do klasztoru nie miałaś, o czem dobrze wiedziałam, z tego powodu mówiłam ci nie raz, że są po-