— Tak, jeśli jestem godną poświęcić się służbie Bożej na całe życie.
— Czy masz prawdziwe powołanie?
Dziewczyna spłonęła rumieńcem, spuściła głowę i nic nie odrzekła.
— Panno Marto — ciągnęła ciotka Jerzego — pozwól mi mówić do siebie jak matce do swego dziecięcia i odpowiadaj szczerze bez wahania. Marto, tyś kochała Jerzego de Santenay.
— Tak, kochałam go!
— Czy go nie kochasz dzisiaj?
— Nie powinnam go kochać.
— Zastanów się Marto, nad twemi słowy. Przed kilkoma miesiącami odpowiedziałeś Jerzemu de Santenay, że „nie możesz być jego żoną“. Wtedy miałaś powody. Ach! te powody! generał de Santenay odgadł je dawno: „Panna Raclot nie chce być twoją żoną, nie przez dziecinny kaprys, a mniej jeszcze dla tego że przestała cię kochać, lecz wskutek nieprawości ojca, które poznać musiała. Ta szlachetna dziewica pragnie ocalić nasz honor, dla godności naszej, względów publicznych i opinii, poświęciła swoją miłość. Marta jest także ofiarą swego ojca!“
Słyszysz pani, tak mówił generał do swego syna. Nie wątpiąc o tobie, nie zbłądził. A gdy złość ludzka potwarzą cię obrzuciła, gdy każdy cię odstąpił — gdyż i ja wyznaję ze wstydem, żem uwierzyła pogłoskom — on jeden ufał w twoją niewinność, i stawał w twej obronie. „Kłamstwo, kłamstwo i nikczemność“ — wołał.
Strona:PL É Richebourg Milion ojca Raclot.djvu/178
Wygląd
Ta strona została skorygowana.