Przejdź do zawartości

Strona:PL É Richebourg Milion ojca Raclot.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

I panna Marta Raclot uściskała wdowę w pośród nowego grzmotu oklasków.
Panna Lormeau stała przy oknie na pierwszem piętrze, w pomieszkaniu notarjusza i przyklaskiwała z innymi.
— Za nic w świecie nie oddałabym dzisiejszych odwiedzin — mówiła cała rozpromieniona do pani Rousselet.
W końcu, Marta stanęła na progu domu notarjusza. Wójt z Ligoux i pan Rousselet czekali na schodach.
— Ach panie Rousselet, cóż pan uczynił — rzekła, podnosząc ku notarjuszowi oczy z wyrazem wyrzutu i nagany.
— Spełniłem żądania panny Raclot — odrzekł zagadnięty.
— Być może, ale nie uprzedziwszy mnie. Gdybyś mnie choć był zostawił u mamki.
— Zdaje mi się, żem nie zbłądził, posyłając po panią pana wójta, gdyż w przeciwnym razie, mieszkańcy wsi, obiegliby panią w domu matki Langier, porwaliby i przynieśli do mnie w tryumfie.
— Co znaczy — odparła Marta z uśmiechem — że miasto gniewać się i panu czynić wyrzuty, powinnam mu dziękować.
— Naturalnie — zaśmiał się notarjusz. — A teraz pozwól mi pani przedstawić sobie pana Juliusza Bertrand’a, wuja twej matki i Różę Bertrand jego wnuczkę a twoją kuzynkę.
Okrzyk radości wyrwał się z serca Marty. Rzuciła