Przejdź do zawartości

Strona:PL É Richebourg Milion ojca Raclot.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

chwili przynajmniej czterysta osób. Jakiś starzec opierający się na lasce zawołał bardzo głośno z własnego popędu:
— Ziemia, po której stąpa miłosierna pani, powinna być usłana kwieciem.
— Tak, to prawda — odparli najbliżej stojący, słysząc te słowa.
Marta szła dalej, cała zarumieniona, drżąca i przelękła, nie śmiejąc oczu podnieść. Tłum rozstępował się przed nią, zostawiając wolne przejście. Wszyscy kłaniali się z odkrytą głową.
Nagle dał się słyszeć doniosły i dźwięczny głos:
— Niech Bóg miłosierny, użyczy pannie Marcie długich dni szczęścia i życia!
Jakby na dany znak, z kilkuset piersi wyrwał się głos:
— Niech żyje Marta! Niech żyje dobra pani!
Dziewczę musiało zatrzymać się. Jakaś płacząca kobieta z trojgiem dzieci uklękła u jej stóp; huczne oklaski zabrzmiały, roznosząc dalekie echo.
Marta straciła przytomność, machinalnie podała kobiecie ręce, zmuszając ją do powstania.
— Kim pani jesteś? — spytała.
— Jestem wdową po Ludwiku Lambert, a oto moje dzieci.
Sieroty ciągle na klęczkach, całowały rąbek sukni dziewicy.
— Ach — krzyknęła Marta, opanowując wzruszenie z trudnością — pozwól pani niech cię uściskam, i przebacz, och przebacz temu, który ci zadał tyle cierpień.