Przejdź do zawartości

Strona:PL É Richebourg Milion ojca Raclot.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— Ciekawam co oznacza to zbiegowisko na rynku — rzekła Marta do starej Brygidy.
— Rzeczywiście ruch jest dziś niezwykły, gdyby tak w jarmark, nie dziwiłabym się.
Notarjusz umyślnie nie uprzedził Marty Raclot. Obie z mamką nie wiedziały o niczem.
Przeszły powoli dziedziniec, przez grupy rozstępującą się przed niemi, obok ludzi milknących na ich widok.
— Czyś zauważyła, mamko, jak ci ludzie przyglądali mi się bacznie? — spytała Marta staruszki, gdy opuściły dziedziniec.
— Dlaczego nie mianoby się na ciebie patrzeć, dziecino? Jesteś młodą i ładną, czemużby miano odwracać oczy od ciebie?
— Och, matuchno!
— Nie chcesz, by ci mówiono, że jesteś ładną, zachwycającą, lecz tak jest, moja duszko. Twój kostjum nie przeszkadza ci być piękną; a jeśli ci tego ludzie nie mówią, to myślą z pewnością.
— Słuchajno, jestem głodną, wracajmy prędzej na obiad. — Marta przerwała nagle, zdwajając kroku.
Gdyby się była o chwilkę spóźniła z wyjściem z kościoła, byłaby widziała niechybnie wójtów z Aubécourt i z Ligoux i sędziego, wchodzących do notarjusza.
Po chwili otworzono bramę. Jeden z dependentów stanął przy wejściu i podniesionym głosem czytał jedną po drugiej, osoby wezwane przez notarjusza.
W miarę jak się zbliżali, pan Rousselet zapraszał ich do poczekalni i sali konferencyjnej, wypróżnionej w tym celu. Gdy wszyscy weszli, drzwi się zamknęły z łosko-